W pracy terapeutycznej często zaczynamy od rzeczy prostej, ale niełatwej: od rozdzielenia “ja” od “wyniku”. Od miejsca, w którym można powoli zobaczyć, że błąd nie mówi prawdy o człowieku — mówi prawdę o procesie.
To nie dzieje się od jednego zdania. To raczej seria małych doświadczeń: – że mogę powiedzieć “nie wiem” i świat się nie kończy, – że mogę popełnić błąd i nadal być w relacji, – że mogę być “wystarczająco dobra/dobry”, a nie idealna/y.
Ola zaczęła od jednej rzeczy: po spotkaniu nie wracała od razu do analizowania. Najpierw robiła krótką pauzę. Piła wodę. Sprawdzała, co czuje w ciele. I dopiero potem, jeśli w ogóle, wracała do tematu. To nie był “trik na produktywność”. To było uczenie się życia bardziej “od środka”, a nie tylko pod oczekiwania.
Jeśli masz podobnie – może warto na chwilę zatrzymać się przy pytaniu: u kogo próbujesz zasłużyć na akceptację? W pracy, na uczelni, w relacjach? To zwykle nie jest o zadaniu. To jest o tym, czy czujesz się wystarczająco.
A jeśli czujesz, że ten tryb Cię zjada – rozmowa terapeutyczna może być miejscem, gdzie przestajesz zdawać życie “na zaliczenie” i zaczynasz je odzyskiwać.